Zombi wielkim sukcesem polskiego rządu!? Recenzujemy e-book „Ale z naszymi umarłymi” – książkę, w której dostało się chyba wszystkim…

 

Drugiej książki z taką okładką jak „Ale z naszymi umarłymi” ze świecą by szukać – (staropolski) ukłon dla projektanta ;), który doskonale oddał, co nas czeka podczas czytania nowej powieści Jacka Dehnela.

A co nas czeka? Obyczajówka z Krakowem w tle, która zmienia się w horror z elementami powieści drogi. Tyleż zabawna, ileż przerażająca (i to wcale nie ze względu na wysyp zombi nakręcający fabułę). Posklejana z popkulturowych klisz książka, która w równym stopniu jest powieścią rozrywkową i komentarzem Jacka Dehnela do aktualnych wydarzeń w Polsce.

 

„Ale z naszymi umarłymi” – całkiem zabawny horror
E-book „Ale z naszymi umarłymi” zaczyna się całkiem niewinnie od scen z życia mieszkańców pewnej krakowskiej kamienicy. Nudną, uporządkowaną egzystencję pary gejów, polsko-angielskiego małżeństwa, dwojga emerytów, inwalidy i lekko dysfunkcyjnej rodziny przerywa tzw. Incydent Cikowicki. Samoistne wyjście z grobu Pacjenta nr 1 to pierwszy udokumentowany przypadek polskiego zombi. Ale – oczywiście – nie ostatni. Co zrobić z plączącymi się po ulicach umarlakami, których liczba rośnie w zastraszającym tempie? Po pierwsze, mogą stać się atrakcją turystyczną – niewątpliwie niedostępną w żadnym innym kraju na świecie. Po drugie, ogłosić sukces polskiego rządu, bo przecież są to nasze polskie zombi i to w dodatku z zacięciem patriotycznym:

Jedyne, co działało, to gesty wspólnotowe: więc na dźwięk odtwarzanego hymnu zombi stawały trochę do pionu i jakby na baczność, niektórym łza się zakręciła pod zgniłą powieką.

Zmartwychwstali maszerują więc na Wawel i w stronę innym miejsc „kultu polskości”. Wszystko zaś wydaje się w porządku (mniej lub bardziej), dopóki nie zaczynają gryźć zagranicznych turystów, zamieniając ich w polskie zombi (W wersji optymistycznej: dopóki nie gryzą prawdziwych Polaków, bo resztą z elementem obcej krwi, kto by się tam przejmował?).

Jacek Dehnel nie oszczędza nikogo

W miarę czytania e-booka „Ale z naszymi umarłymi” staje się jasne, że dostanie się praktycznie wszystkim. Poczynając od polityków szukających doraźnych korzyści z niecodziennej sytuacji i wszystkie patriotyczno-religijne frakcje, które hurmem rzucają się czcić antenatów, przez lewicowców broniących praw umarłych, subkulturę łoczersów królujących w mediach społecznościowych i zagranicznych turystów robiących z zombi słitaśne foty, po leminga udającego, że pisze doktorat (Czy ktoś znajdzie lepszy powód prokrastynacji niż epidemia zombi? 😉 ). Najbardziej zaś TVP i wszystkim, którzy dali się uwieść promowanej w niej ideologii. Kiedy zombie ruszają na podbój świata, rodzimej telewizji pozostaje już tylko robić dobrą minę do złej gry. W końcu to Polacy z krwi i kości (choć bardziej z tego drugiego) i zawsze chcieliśmy mieć Polskę od morza do morza – nieistotne od którego do którego.

Ta szalona historia może skończyć się tylko w jeden sposób – z Sienkiewiczowskim rozmachem.

Quo vadis polski zombi?

Nawet jeśli gdzieś w tle charakterystycznych dla Krakowa miejsc kuśtykają zombi, pierwsza część „Ale z naszymi umarłymi” ma urok właściwy powieściom o Szczupaczyńskiej pisanych przez Jacka Dehnela razem z Piotrem Tarczyńskim. Do tego nieźle oddaje dylematy tych, którym z aktualną władzą nie po drodze, ale przecież za coś żyć trzeba. Tymczasem napięcie ciągle rośnie… by siąść w części drugiej, która staje się zabawną i ironiczną, ale jednak momentami męczącą wyliczanką naszych narodowych wad. Droga do finału wiodąca przez postapokaliptyczny krajobraz (na naszą polską miarę) jest więc długa.

Mimo wszystko warto przeczytać e-book „Ale z naszymi umarłymi” – dla mnóstwa obyczajowych smaczków oraz szpil wbijanych tym i owym. A najbardziej dla zdania wykrzyczanego przez jednego z bohaterów: „Nigdzie nie wyjedziesz z Polski, Polska jest teraz wszędzie!”. Bo czyż to nie najbardziej przerażający z przerażających scenariuszy?

Aga z Publio

 

Tagi: , , ,