Przed nami 19 opowiadań Billa Gastona zebranych w tomie „Bogowie pokazują klaty”. Krzysztof Majer, tłumacz sporej części z nich, wybrał je specjalnie dla polskiego czytelnika, nazywając z uśmiechem „skompilowanym przez siebie subiektywnym Best of Bill Gaston”. 

Opowiadania z tomu Billa Gastona „Bogowie pokazują klaty” napisane są błyskotliwie i zabawnie, jednak zarażają melancholią. Bohaterowie każdej z historii emanują samotnością, w tłumie, w relacjach, szukają dla siebie miejsca w świecie. Dojrzała ustatkowana kobieta po latach spotyka miłość z młodości, ojciec, którego córka została zabrana z powodu niejasności jego związku z marihuaną, próbuje wyjaśnić światu, że inaczej zachować się nie mógł, kierowniczka banku, która po intensywnych erotycznych przeżyciach traci świadomość i doświadcza wizji. Wszyscy oni są w swojej absurdalności kompletnie niezrozumiani, przekonują nas, bo walczą, bo są ludzcy.

„Bogowie pokazują…” każdemu coś innego 😉

Gaston w „Bogowie pokazują klaty” częstuje nas specyficznym, dziwacznym humorem, jednocześnie bawiąc i niepokojąc wciąganiem w zakamarki losów i myśli bohaterów. Nic więc nie pozostaje wyjaśnione ani oczywiste, a fabularne zaskoczenia prowadzą nas przez skrajne emocje, zostawiając z garścią pytań po każdej przeczytanej historii. Stąd właśnie wypływa kolejna niesamowita cecha prozy w „Bogowie pokazują klaty” – wielość interpretacji. Rozumiesz to, co jest tobie właściwe. Autor z nami gra, nie podając ostatecznych rozwiązań. Wszystko to intryguje i sprawia, że chcemy więcej, chcemy sprawdzić, co jeszcze może się zdarzyć w takim świecie, w którym mroczną atmosferę od humoru dzieli cieniutka linia:

Jakimś cudem zgromadził przez lata tysiące odcieni i tonów. I, co dziwniejsze, wszystko zdawało się idealnie do siebie pasować. Może dlatego to zrobił: wszystkie jego ubrania po prostu dobrze razem wyglądały. Czy to nie było logiczne? Jeśli położyć je obok siebie, dwa bardzo różne kolory zdają się gryźć, ale kiedy widzi się je razem ze wszystkimi odcieniami pomiędzy, z całą tęczą, w której na przykład zieleń łączy się ostatecznie z fioletem, przejście staje się oczywiste, doskonale gładkie. I być może tak samo wytłumaczyć można ludzkie nastroje, sprzeczne z pozoru zachowania – nawet przemoc – być może istnieje pewna logika, prawidłowość, której nikt inny nie dostrzega, i gdyby tylko ci dranie zobaczyli wszystkie te drobne rzeczy, całe to straszne gówno, które znosisz w nieskończoność, za zamkniętymi drzwiami, bo zawsze istnieją powody, dla których robimy to, co robimy, solidne powody, jest w tym wszystkim jakaś gładkość, i zanim ktokolwiek zacznie cię obwiniać, cóż…

Utracone relacje, samotność i humor

„Bogowie pokazują klaty” zaskakuje nas wyrafinowanym humorem, groteskowością bohaterów i zdarzeń. Jednak nie jest to prosty komizm ani łatwa sensacja. Fenomen tej groteski tkwi w zderzeniach sprzeczności. Czujemy jak autor równocześnie kocha i kpi sobie z bohaterów, powaga sytuacji łatwo zamienia się w ironiczny śmiech. Rodzina żegna swojego wieloletniego członka, psa Ptysia, a w całym tym patosie ojciec postanawia w ostatnim geście, który ma być hołdem dla zwierzęcia, zjeść jego serce. Chłopiec razem z rówieśnikami nie daje żyć imigrantom w dzielnicy, jednak w głębi serca niejeden wzbudza w nim podziw. Krzysztof Majer, tłumacz odpowiedzialny za wybór opowiadań, mówi o autosabotażu stosowanym przez bohaterów. Oni sami wystawiają się na próbę, szukają granic, po których przekroczeniu zapełnią się dziury po utraconych relacjach, znajdą remedium na samotność. W tych emocjonalnych mieszankach tkwi sedno opowiadań „Bogowie pokazują klaty”. Tragizm obok niedorzeczności, wstręt razem ze współczuciem, sielanka i groza, a humor podszyty gorzkim smutkiem. W swoich życiach bohaterowie „Bogowie pokazują klaty” balansują wokół cienkich granic. Od sielanki do grozy, od normalności do szaleństwa ciągle dzieli nas jeden krok. Bill Gaston trzyma nas na powierzchni, ale czujemy wszystkimi zmysłami, że w głębinach czai się potwór.

Rodzina to z definicji smutny mechanizm, czyż nie? Pociechy wyfruwają z gniazda, potem już tylko waśnie, śmierć i tak dalej – kwestia czasu. Smutne, ale rozpad jest wbudowany w konstrukcję. Automatyczny. Gwarantowany.

Pochyliła się, by powąchać stokrotkę: pachniała na wpół kwiatem, na wpół chwastem. Dzieciństwem. Przypomniała sobie, co często mówił: „Trzeba czasem przystanąć i powąchać kwiaty”. A może to było w którymś z listów. Jego życie całkiem się już wymieszało z listami. Ale on chyba nigdy nie potrafił rozpoznać banału.

Opowieści o rodzinie

W tomie opowiadań „Bogowie pokazują klaty” ciągle wraca do nas temat rodziny. Przede wszystkim dosłownie. Ojciec komunikuje się po śmierci z dziećmi za pomocą listów, małżeństwo podzielone przed laty szuka zrozumienia w muzyce Cohena, poznajemy rozsypane związki damsko-męskie i erotyczne zawiłości ich codzienności. W opowiadaniach „Bogowie pokazują klaty” znajdujemy „weteranów rodzinnych potyczek”, doświadczonych, kurczowo trzymających się życia i ciągle napełnionych nadzieją na lepsze jutro. Prócz tego jest tam sporo aluzji do miejsca pochodzenia autora – Kanady. W metaforycznej warstwie autor „Bogowie pokazują klaty” nawiązuje do powiązań swojej ojczyzny z Wielką Brytanią i Francją. Tym, co powtarza się w wielu historiach, jest też chęć wyjaśnienia życia, odnalezienia jakiejś nieokreślonej ostatecznej prawdy, poszukiwanie objawienia. Bohaterowie przekonują nas do swoich racji, snują wywody i tłumaczą wizje i tyleż intrygują swoją autentycznością, co odpychają dziwactwem. Przez tekst przebijają się fundamentalne pytania, a tych dziewiętnaście krótkich historii ma stać się próbą odpowiedzi.

– Pamiętasz, jak byliśmy w Anglii na weselu twojej kuzynki Alice i Tony’ego i zrobiliśmy sobie weekend na południu? I tę restaurację w Dorset? Jedliśmy tam obiad i podali zupę na zimno, z zielonego groszku z miętą, obojgu nam bardzo smakowała, ale tobie bardziej. Powiedziałaś, że czujesz się, jakbyś jadła samo życie. Chodziło ci o połączenie grochu i mięty, ale tak to właśnie ujęłaś. „Samo życie”.

Od tego wesela minęło ponad dziesięć lat. Prawie piętnaście. Nie umiałaby sobie nawet przypomnieć, w którym to było roku. Czy pamiętała Dorset? Jak przez mgłę. Obiad? Wcale. Zupę z groszku na zimno? Nic a nic. Zdążyła już zapomnieć, że jadła łyżką samo życie.

Klasyka i nowość w jednym tomie

Zbiór „Bogowie pokazują klaty” to proza wyjątkowo błyskotliwa, z subtelnością trafiająca w samo sedno. Jest mroczna, żeby intrygować, i dziwaczna, żeby bawić. Pozwala nam doświadczać skrajnych emocji i zaskakuje „fabularnymi fajerwerkami”. Coś dla koneserów światowej literatury i dla rządnych wrażeń miłośników nowości.

Tuż po zachodzie słońca popijam znakomite włoskie wino z kryształowego kieliszka. Powietrzem z tyłka odkurzacza Jay napełnia worek, a potem delikatnie niesiemy go na podwórko za domem; worek właściwie sam leci, trzeba nim tylko kierować. Obaj uzbrajamy się w długie ozdobne zapałki do kominka. To rzeczywiście wymaga chirurgicznej precyzji: zapalić wszystkie osiem przyciętych świeczek tak, żeby płomień nie tknął plastiku i żeby cała sprawa nie skończyła się w jednej chwili. W bezwietrznym zmierzchu, gdy worek wzlatuje powoli nad zachwaszczonym podwórkiem Jaya, a potem jeszcze wolniej, niemal bez ruchu sunie na zachód, nad dach sąsiedniego domu, widzę, że światło jest idealne. Jay się nie pomylił, to doskonały ciemny fiolet, i w tej królewskiej głębi osiem identycznie połyskujących światełek ma w sobie coś ze splendoru i tajemnicy.

 

Aleksandra Brągiel