Luksus na pewno nie jest pierwszym skojarzeniem, które przychodzi do głowy na myśl o PRL-u. A jednak był obecny także wtedy. Tyle że dla każdego obywatela oznaczał co innego.

Badanie OBOP z 1976 r. 45% respondentów uważa, że łatwo kupi masło. Mniej więcej 30% wierzy w to, że uda im się kupić mięso. 85% pytanych bezskutecznie czegoś szuka. Nowy reportaż Aleksandry Boćkowskiej Księżyc z peweksu dla części czytelników będzie jak wspomnień czar, dla innych raczej jak przypominanie sobie koszmaru, z kolei dla najmłodszych, którzy nie doświadczyli „uroków” epoki na własnej skórze, jak ciekawa podróż w przeszłość pełną absurdów.

Czym więc PRL-owski luksus różnił się od obecnego? Co w ogóle było uznawane za luksus w czasach, gdy się nie „kupowało” tylko „organizowało”? Kto miał do „luksusowych” dóbr dostęp? Niektóre z odpowiedzi, które znalazły się w ebooku Księżyc z peweksu, mogą Was zaskoczyć (zwłaszcza jeśli należycie do ostatniej grupy czytelników).

Dobra luksusowe w PRL-u

Dżinsy

Kupowane w peweksie albo przysłane w paczce od rodziny z zagranicy. Obiekt pożądania nie tylko młodzieży. Symbol luksusu, ale i buntu wobec władzy.

Mięso

Co zrobić, gdy zamiast tysiąca porcji wieprzowiny do knajpy zostają dostarczone kalmary? Ugotować jedyne w swoim rodzaju… flaczki (tak poradzili sobie pracownicy katowickiego Varietes, o czym opowiada Aleksandra Boćkowska). Jak zdobyć polędwicę wołową? Dzięki znajomościom. Tylko w PRL-u możliwa była również sytuacja, w której dyrektor Okręgowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Mięsnego nie wykreślałby z ewidencji zwolnionych pracowników, by dostawać większy przydział na… mięso.

Dolary

W Księżycu z peweksu pojawiają się regularnie jako jedno z największych marzeń.

Miały szczególną wartość, w zależności po jakim – oficjalnym czy nieoficjalnym – kursie zostały wymienione. Obywatelom pozwalały organizować to, co na co dzień było niedostępne, i kupować w peweksie, władzy za granicą. Były też remedium na niejedne kłopoty, np. rządu Zbigniewa Messnera, który w 1985 r. zorientował się, że w sklepach brakuje wódki. Alkohol dało się załatwić, butelki też, ale nie zakrętki. Polskie zakłady nie umiały bowiem wyprodukować odpowiedniej blachy. Koszt sprowadzonej z Zachodu wyniósł 300 tys. dolarów.

Fiat Mirafiori

Chociaż montowany z włoskich części na warszawskim Żeraniu, rozmówcy Aleksandry Boćkowskiej wspominają, że w latach 70. był lepiej postrzegany niż mercedesy. Jeździła nim władza, jeździły też gwiazdy estrady. Zwyczajni obywatele – raczej rzadko. Podobnie zresztą jak i samochodami innych marek. Talony na auto były tylko dla wybrańców. Podobnie jak dostęp do dolarów.

W 1945 r. po polskich drogach jeździły trzy, góra cztery tysiące samochodów. Większość z nich należała do klasy panującej, której niechęć do Zachodu nie obejmowała tamtejszej motoryzacji: premier i prezydent mieli do dyspozycji buicki, wyżsi rangą urzędnicy – chevrolety.

Pod koniec lat 40. liczba aut wzrosła do prawie 30 tys., ale w prywatnych rękach znajdowała się jedynie połowa z nich. Do grup uprzywilejowanych należeli np. górnicy, którzy najczęściej „kupowali” NRD-owskie dekawki.

Willa

Mogli sobie na nią pozwolić jedynie najwyżej postawieni towarzysze partyjni i elita kulturalna. Reszta marzyła – zwłaszcza w okresie powojennym – choćby o jednym pokoju. Mieszkania ze wspólną kuchnią, w których koegzystowało kilka rodzin były codziennością, takie z łazienką – zdaniem I sekretarza Władysława Gomułki – były już fanaberią.

Wyjazd za granicę

W 1951 r. za granicę wyjechało jedynie ok. 1200 osób. Lepiej było w latach 70. – paszporty otrzymały 4 miliony Polaków.

W czasach, gdy mało co było tak pilnie strzeżone jak granica, przekroczenie jej było niewątpliwym luksusem. Zwłaszcza jeśli komuś udało się przejechać nie tylko przez granicę PRL, lecz także znaleźć się po drugiej stronie żelaznej kurtyny. A tam… cuda i dziwy:

– Siedzę przy stole z kolegą obytym w świecie. Podali nam herbatę w torebkach. Leżą te torebki na talerzykach, patrzymy po sobie, bo żaden nie wie, co z tym zrobić. Wreszcie on rozerwał i wsypał do wrzątku. Ja rozejrzałem się po innych stolikach, w końcu wypatrzyłem, że wkłada się je do wody. Poczułem się ważny i dokształcony

– tak swój wyjazd w latach 50. do Danii wspominał Józef Tejchma, późniejszy minister kultury i sztuki.

 

Z dzisiejszej perspektywy reportaż Księżyc z peweksu Aleksandry Boćkowskiej momentami wydaje się zabawny. W przeważającej części jest jednak zbiorem przygnębiających w gruncie rzeczy historii o czasach, kiedy marynarze przemycali do Polski stalówki, ortaliony, non-irony, pończochy, kawę i owoce i czterokolorowe długopisy, kiedy równie luksusowe były papier toaletowy, wolność i bezpieczeństwo.

A co wy wspominacie jako dobra luksusowe z PRL-u?

Aga z publio

Tagi: , ,