Artura Rubinsteina nikomu nie trzeba chyba przedstawiać, bo jego nazwisko znane jest nie tylko w Polsce, lecz także poza jej granicami – a może nawet bardziej tam. Jeśli jesteście jednak ciekawi, jak wyglądało życie sławnego na całym świecie pianisty, zanim osiągnął sukces, zapraszamy do przeczytania fragmentu jego wspomnień pochodzącego z książki „Moje młode lata”.

Dopiero gdy w ów chłodny i wietrzny ranek przybyłem do Berlina na stary, dobrze znany dworzec Friedrichstrasse, pojąłem, że decyzja zatrzymania się w tym mieście nie jest niczym innym jak tylko tchórzliwym kompromisem. Resztki pieniędzy zarobionych w Polsce mogą mi wystarczyć — zależnie od trybu życia — na dwa lub trzy miesiące. W hotelu „Bellevue”, niezbyt kosztownym, ale dość wytwornym, położonym w centrum, przy Potsdamer Platz, wynająłem według stawek miesięcznych przyjemny pokój z łazienką. Pan Metzger, właściciel i kierownik hotelu, kochał muzykę i nie sprzeciwiał się wstawieniu fortepianu do mojego pokoju. Firma Bechstein, sławni producenci fortepianów, zgodziła się nieodpłatnie zaopatrzyć mnie w instrument pokojowy. Postanowiłem zachować incognito i unikać spotkań oraz odwiedzin u starych przyjaciół, których tak raptownie porzuciłem w roku 1904, zwłaszcza zaś tych, których lubiłem najbardziej. Dlaczego zająłem taką właśnie postawę, trudno mi dzisiaj wytłumaczyć. Jeśli dobrze pamiętam, przeżywałem wtedy kryzys, cierpiałem na coś w rodzaju kompleksu niższości będącego połączeniem nieśmiałości i ambicji. Wydawało mi się, że moja kariera artystyczna stanęła w martwym punkcie, a zresztą nie potrafiłbym przekonywająco uzasadnić mojej obecności w Berlinie. Jedyną osobą, którą pragnąłem spotkać, była Emmy Destinn. Jej nie przyjdzie do głowy pytać, co robię w Berlinie: przyjmie to jak  rzecz samą przez się zrozumiałą. Zadzwoniłem do niej i ogarnęło mnie wzruszenie, gdy usłyszałem tak dobrze mi znany, ciepły timbre głosu:

— Jak to miło usłyszeć, że jesteś w mieście! Przyjdź natychmiast na kolację… Chcę, abyś poznał jednego z moich przyjaciół, a jutro musisz mnie zobaczyć w Carmen. Jest to przedstawienie galowe w Operze, obecny będzie cesarz Wilhelm. Załatwię ci bilet. Perspektywa ponownego jej zobaczenia i usłyszenia była najlepszym lekarstwem na moją melancholię. Kiedy wszedłem do saloniku, zarzuciła mi ręce na szyję, ucałowała w oba policzki i przedstawiła drugiemu z gości.

— Arturze, to mój narzeczony — oświadczyła. — Jest tancerzem, członkiem baletu naszej Opery. Czy nie wygląda jak Napoleon? — spytała z błyskiem dumy w oczach.

Tak, rzeczywiście, wyglądał jak Napoleon, ten znany z portretów: ta sama przysadzista sylwetka, kształt głowy, krótki kark, podbródek, nos, nawet uczesanie. Ale zupełnie nienapoleoński wyraz jego oczu zdradzał człowieka miernej inteligencji i wigoru. Emmy ujęła mnie pod ramię i uroczyście zaprowadziła do sąsiedniego pokoju, gdzie ku memu zdziwieniu ujrzałem istne Napoleońskie muzeum. Znajdowały się tu wyłącznie autentyczne meble w stylu empire; prócz tego ułożone we wzorowym porządku — broń, mundury, dokumenty własnoręcznie podpisane przez cesarza oraz inne pamiątki.

— Napoleon jest moim bożyszczem — powiedziała. — Uwielbiałam go od dziecka.

Niski mężczyzna uśmiechnął się błogo; przyjął ten hołd, jak przystało na człowieka wielkiego. Wyobraziłem sobie tych dwoje w miłosnym uścisku — i Emmy, która dochodząc do szczytowego upojenia, śpiewa wspaniałym swym głosem: „Vive l’Empereur! Vive la France!”. To była koszmarna wizja! Nazajutrz wieczorem miałem sposobność zobaczyć z bliska żywego cesarza, osławionego kajzera Wilhelma II.  Spektakl galowy, a raczej jak to tu nazywano — przedstawienie zamknięte — był rzeczywiście efektowną imprezą. Publiczność składała się wyłącznie z osób zaproszonych, w wolnej sprzedaży biletów nie było. Obowiązywały stroje wieczorowe, mundury, ordery. Dominowało oczywiście wojsko, kasta uprzywilejowana w cesarskich Niemczech. Kajzer, w towarzystwie cesarzowej oraz dwóch synów, zajmował swoją lożę w pobliżu sceny. Nigdy w życiu nie słyszałem Carmen śpiewanej lepiej niż tego wieczoru. Destinn przeszła samą siebie. W zatłoczonym teatrze nikt nie śmiał bić brawa, dopóki cesarz nie dał znaku, ale on, ogromnie niemuzykalny, niezbyt uważnie śledził to, co się działo na scenie i w orkiestrze. Ach tak, prawda, w pewnym momencie wybuchnął głośnym śmiechem — gdy Zuniga, zwierzchnik Josego, podkręcając wąsa i cmokając wargami, obrzuciwszy wzrokiem Carmen, powiedział: „Don-ner-wet-ter!”.

W drodze do domu Emmy wyrażała głośno oburzenie z powodu zachowania kajzera.

— Wyobraź sobie, jak on mnie potraktował! — skarżyła się. — Kiedy wprowadzono mnie do cesarskiej loży dla przyjęcia gratulacji, odciągnął mnie na bok i spytał z prostackim przymrużeniem oka: „Co porabia ta mała Farrar”. Zupełnie tak, jak gdyby bajzelmamę pytał o jedną z dziewcząt z jej burdelu!

Przytaczam ten incydent, ponieważ ujawnia on jeszcze jedną cechę charakteru tego człowieka, którego ambicja i zawiść doprowadziły do katastrofalnych wojen i do tylu cierpień we współczesnym świecie. Oprócz Emmy Destinn odwiedziłem także ciotkę i wuja Meyerów, którzy żyli dość daleko od moich starych znajomych i nigdy nie utrzymywali z nimi kontaktów. Z przyjemnością odwiedzałem muzea, księgarnie i kawiarnie. Teatr przyciągał mnie jak dawniej, starałem się też nie przegapić żadnego dobrego koncertu, mimo obawy że mogę spotkać ludzi, których wolałem unikać.

W tym okresie szukałem po prostu ucieczki, jak gdyby czekając, że wydarzy się coś, co wyrwie mnie ze stanu apatii, w jakiej byłem pogrążony. Prowadziłem tryb życia prosty i uregulowany: codziennie po śniadaniu trochę grałem i ćwiczyłem, wszystkie posiłki spożywałem w doskonałej restauracji hotelowej, potem bez celu włóczyłem się po ulicach. Jeśli w teatrach nie było nic nowego, wcześnie kładłem się do łóżka z książką i do późnej nocy czytałem.

Pewnego dnia ten spokojny train de vie przerwało pojawienie się mojej siostry Jadzi. Ciotka Salomea Meyer napisała jej o moim pobycie w Berlinie, dodając, że nie mam planów na najbliższą przyszłość. Nic nie mogło Jadzi bardziej ucieszyć, skwapliwie skorzystała więc z nadarzającej się okazji przebywania ze mną w przeświadczeniu, że wiodę żywot światowca, pławiącego się w bogactwie i chwale — i takie właśnie życie pragnęła ze mną dzielić, przynajmniej przez parę tygodni. Moja rodzina w dalszym ciągu była przekonana, że amerykańskie tournée zapewniło mi sukces raz na zawsze.

Niestety, w tym czasie sprawy miały się jeszcze gorzej. Nie miałem się czym wykazać, moja kariera artystyczna — zdawało się — dobiegła kresu.

Nie mając najmniejszego powodu unikać Jadzi, postanowiłem przynajmniej być jej miłym kompanem. Początkowo strona finansowa nie nastręczała żadnych trudności; siostra zatrzymała się u Meyerów i miała dość pieniędzy na wydatki związane z teatrami, koncertami, nocnymi lokalami, a także innymi atrakcyjnymi miejscami, gdzie pragnęła iść w moim towarzystwie. Wymyśliłem jakieś wiarygodne powody mego długiego pobytu w Berlinie i jasno dałem do zrozumienia, że chwilowo dysponuję bardzo ograniczonymi środkami. Skoro sprawy te zostały już raz wyjaśnione, rozpoczęła się istna karuzela przedstawień, magazynów i muzeów. Jadzia płaciła za bilety, ale — niestety — polubiła kuchnię w mojej restauracji hotelowej i w rezultacie, wcale tego nie pragnąc, stałem się częstym fundatorem jej posiłków. Ponadto przypadały mi w udziale koszty przejazdów i napiwki. W prowadzeniu podobnego trybu życia siostra okazała się niezmordowana.

Taka sztuczna euforia nie mogła trwać wiecznie. Pewnego dnia siostra oświadczyła mi, że jej fundusze topnieją i że będzie zmuszona wracać do domu. Stan moich rezerw także przedstawiał się nader niepokojąco — zalegałem z zapłatą rachunków hotelowych, a pozostała mi już tylko bardzo skromna sumka. Jedynym człowiekiem, który potrafił zrozumieć i docenić zawiłości mego życia, był Józef Jaroszyński. Znał całą prawdę o Poli, o Paryżu i o całej reszcie. Napisałem doń obszerny list, informując go o sytuacji, w jakiej się znalazłem, i błagając, by wysłał mi pięć tysięcy marek, a więc sumę dość pokaźną (równowartość 1250 dolarów), która pozwoliłaby mi wrócić do Paryża i może nawet własnym sumptem zorganizować tam koncert. „Bez Twojej pomocy — pisałem — wszystko musi się skończyć: stanąłem na skraju przepaści”. Z biciem serca wrzuciłem list do skrzynki pocztowej, czując, że najbliższą przyszłość składam w jego ręce.

— Wiesz, co zrobiłam? — powiedziała Jadzia w przeddzień wyjazdu. — Zastawiłam bransoletkę i broszkę, których nigdy nie noszę, Jestem więc pewna, że Maurycy niczego nie zauważy. Masz tu trzysta marek, wiem, że ci teraz ciężko, tylko proszę cię, zachowaj kwity z lombardu i wykup je, kiedy tylko zdobędziesz pieniądze.

Po wyjeździe Jadzi zrobiło się pusto. Poczułem się nagle bardzo osamotniony. Jej żywotność i gotowość poświęcenia się dla mnie działały na mnie kojąco w częstych teraz stanach depresji. Nie chciałem spotykać się z nikim, nawet z Emmy Destinn czy z Meyerami. Całą uwagę skupiłem na jednej tylko sprawie — na odpowiedzi Jaroszyńskiego. Mimo to byłem na kilku koncertach, ale tylko wtedy, gdy udawało mi się zdobyć bezpłatne bilety.

Raz spotkałem na ulicy Osipa Gabriłowicza, nie tylko znakomitego pianistę, lecz i uroczego człowieka. Niemal siłą zaciągnął mnie do Józefa Lhevinne’a, który ożenił się i zamieszkał na stałe w Berlinie. Jego żona Rosina, wspaniała pianistka, jeszcze dziś (w roku 1972) należy do najwybitniejszych pedagogów fortepianu.

Lhevinne’owie ucieszyli się na nasz widok i zatrzymali nas na kolacji, po której wszyscy czworo oddaliśmy się z entuzjazmem istnej orgii muzykowania! Najpierw Lhevinne i Gabriłowicz odegrali koncert na  dwa fortepiany, potem Gabriłowicz i ja wykonaliśmy parę utworów Schuberta na cztery ręce, a następnie Lhevinne’owie prześlicznie zagrali jedną z suit Rachmaninowa; skończyliśmy dopiero o drugiej nad ranem. Tej nocy udało mi się zapomnieć o kłopotach i pełną piersią zachłysnąć się życiem.

W dwa dni później poszedłem na recital Gabriłowicza w Beethoven-Saal; zachwycił mnie jego Schumann i Chopin, wykonane z perfekcją i czułością. Po koncercie udałem się za kulisy, by podziękować za piękny występ. Garderobę wypełnili po brzegi liczni entuzjaści artysty, wśród nich wielu pianistów, w których kręgu Osip Gabriłowicz był szczególnie lubiany i podziwiany.

— O, Rubinstein — zawołał — jak to miło, że pan przyszedł. Musi pan pójść z nami na kolację… Wybieramy się wszyscy do „Austern-Keller”!

Zaproszenie przyjąłem z przyjemnością, tłumnie udaliśmy się więc do restauracji, gdzie w prywatnym gabinecie zastawiono wielki stół na co najmniej dwadzieścia osób. Posadzono mnie obok Yolandy Mero, młodej pianistki węgierskiej, która właśnie niedawno zadebiutowała z dużym powodzeniem. Kiedy rzuciła okiem na menu, na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie.

—Tu wszystko jest takie drogie — powiedziała. — Nie mam odwagi zamawiać.

— Proszę się o to nie martwić. Jestem pewien, że Gabriłowicz doskonale może sobie na to pozwolić. — Uśmiechnąłem się.

— Ależ myli się pan — odparła. — Dzisiaj każdy płaci sam za siebie.

To był dla mnie wstrząs. Trzeba było działać szybko, powiedziałem więc do Yolandy Mero:

— Proszę wytłumaczyć im, że musiałem wyjść, by zadzwonić w pilnej sprawie. Za chwilę wracam.

Zbiegłem ze schodów, podniosłem słuchawkę, udawałem, że z kimś rozmawiam, a potem wysłałem boya z wiadomością dla Gabriłowicza: „Pan Rubinstein najmocniej przeprasza, ale musiał nagle wyjść, żeby odwiedzić chorego przyjaciela”. Na dworze, sam jeden, zziębnięty i głodny, poczułem się bardzo żałośnie.

Pan Metzger, właściciel hotelu, wystosował do mnie stanowczy list w sprawie niezapłaconego rachunku. Napisał, że cofa mi kredyt w restauracji i że do pokoju nie podadzą mi już nic do jedzenia, dopóki nie zapłacę gotówką. A tymczasem od Józefa wciąż nie miałem żadnych wieści! Napisałem ponownie, tym razem listem poleconym, zaadresowanym do jego posiadłości wiejskiej pod Kijowem. Nie wspomniałem o moich planach paryskich; na to było już za późno. Teraz chodziło mi tylko o utrzymanie się przy życiu. „Musisz mnie wyciągnąć z tego okropnego hotelu — pisałem — a poza tym potrzebuję trochę pieniędzy na jedzenie i na bilet do Warszawy, gdzie mam nadzieję zdobyć jakieś kontrakty. Zawsze wierzyłeś w mój talent i w moją przyszłość, więc teraz nie masz prawa mnie zawieść”. Pisząc ten list, czułem się jak tonący, który wzywa ratunku.

Czekanie na odpowiedź było tym razem katuszą jeszcze okrutniejszą niż poprzednio. Musiałem robić dobrą minę i zapewniać właściciela, że pieniądze, których się spodziewam, nadejdą lada chwila.

Moja dzienna dieta wyglądała następująco: nic na śniadanie, zamiast obiadu jedna kiełbaska i sucha bułeczka w automacie u „Aschingera”, co kosztowało dziesięć fenigów (dwa i pół centa), to samo na kolację. A reszta dnia? Szukanie po omacku właściwych dźwięków na fortepianie, włóczenie się po ulicach bez celu i chroniczna rozpacz.

Ale właśnie wtedy zdarzało mi się coś ogromnie dziwnego: co noc, gdy zapadałem w sen, w podświadomości pojawiały się najbardziej fantastyczne i ekstrawaganckie sceny — zawsze grałem rolę potężnej i szczęśliwej osobistości. Raz bywałem sławnym kompozytorem, dyrygowałem swoją nową symfonią, którą przyjmowano niekończącą się owacją, albo grałem własny koncert fortepianowy, utwór nad wyraz oryginalny. Wszystkie piękne kobiety miałem u swych stóp. W innych snach toczyłem zwycięskie boje za Polskę, ratowałem Żydów przed prześladowaniami lub bywałem bajecznie bogatym dobroczyńcą ludzkości. Przebudzenie niosło zazwyczaj bolesny kontrast: jeszcze jeden przykry list kierownika pod drzwiami, beznadziejność mego położenia, pustą kieszeń.

Z rozpaczy postanowiłem marzenia senne przyjąć za rzeczywistość, a dni powszednie za zwykły koszmar. Starałem się spać, jak mogłem najdłużej.

Kiedy minęły dalsze dwa tygodnie bez żadnej wiadomości, porzuciłem wszelką nadzieję. Znalazłem się na dnie. Rojenia o śmierci samobójczej nie były dla mnie nowiną, ale teraz nie potrafiłem już myśleć o niczym innym — stało się to moją prawdziwą obsesją. Nie pozostało mi już nic, życie wpędziło mnie w sytuację bez wyjścia. Pragnąłem śmierci, byłem na nią przygotowany. Ale nawet decyzja tak ostateczna wiązała się z najrozmaitszymi problemami. Jak to wykonać? Broni ani trucizny nie posiadałem, a myśl o wyskoczeniu przez okno budziła odrazę — mogłem przecież zostać przy życiu z połamanymi rękami i nogami! Pozostawała jedynie śmierć przez uduszenie, mogłem się powiesić. Tak więc owego posępnego popołudnia, kiedy czułem się tak osamotniony, że niezdolny nawet pomyśleć, do kogo mógłbym napisać, zacząłem przygotowywać się, by skończyć z tym wszystkim.

Ze starego, znoszonego płaszcza kąpielowego wyciągnąłem pasek i związałem pętlę. W łazience znajdował się hak na ubranie, umieszczony dostatecznie wysoko, by mnie utrzymać. Przystawiłem stołek, pasek umocowałem na haku i wsunąłem głowę w pętlę. Kiedy jednak odepchnąłem stołek nogą, sznur się zerwał, a ja z hukiem upadłem na podłogę.

Gdybym dziś oglądał podobną scenę w telewizji, to pewnie wyłbym ze śmiechu, ale moją pierwszą reakcją jako żywego bohatera takiej tragikomedii był ciężki wstrząs nerwowy; niepocieszony, pozbawiony resztki sił, długi czas gorzko płakałem, leżąc w miejscu, gdzie upadłem. Potem na wpół świadomie pokuśtykałem do fortepianu i wypłakiwałem się dalej za pośrednictwem muzyki.

Muzyko, moja ukochana muzyko, wierny towarzyszu wszystkich wzruszeń, potrafisz zagrzewać do walki, potrafisz rozpalać miłość i namiętność, potrafisz także koić cierpienia i przynosić sercom spokój — to ty właśnie tamtego haniebnego dnia przywróciłaś mnie życiu! Kiedy człowiek przestaje płakać, cierpienie ustępuje, tak samo jak znika radość, gdy zamiera śmiech. A że natura ma swoje prawa, zacząłem odczuwać głód. „Tym razem pozwolę sobie na dwie kiełbaski — postanowiłem.

Ale gdy wyszedłem na dwór, jakiś nagły impuls kazał mi się zatrzymać w miejscu. Naszło mnie coś bardzo dziwnego, co można by określić mianem objawienia czy wizji. Na wszystko, co mnie otaczało, popatrzyłem nowymi oczami, jakbym nigdy dotąd tego nie widział. Ulica, drzewa, domy, ganiające się psy, spacerujący mężczyźni i kobiety — wszystko wyglądało inaczej. I ten hałas wielkiego miasta… Byłem tym wszystkim zafascynowany. Jeśli tak na to spojrzeć, życie, nawet w więzieniu czy szpitalu, wydaje się piękne i godne tego, by je przeżyć.

Takie objawienie łatwo wytłumaczyć: usiłując popełnić samobójstwo,  najpierw odrzuciłem w całości świat, który zamierzałem opuścić na zawsze,  nic więc dziwnego, że po takim suicide manqué, czułem się jak nowo narodzony. Moje „odrodzenie” przyniosło jeszcze jedną niespodziankę: doprowadziło  do istnej rewolucji w całej mojej psychice. Nagle zacząłem myśleć. Życie,  jakie dotąd prowadziłem, składało się z całej serii wydarzeń, za które nie

ponosiłem odpowiedzialności; kierowałem się wyłącznie instynktem, ślepo krocząc drogą wytyczoną przez okoliczności. Nigdy niczego nie próbowałem analizować.

Tak więc tego wieczoru na samym środku ulicy, kiedy szedłem do „Aschingera” na mój dinner de luxe i głowę miałem pełną filozoficznych myśli, narodziła się moja nowa koncepcja życia i

nowe kryteria wartości na mój wyłączny, prywatny użytek. Odwieczne, nierozwiązane problemy — co zapoczątkowało wszechświat?, jaki jest sens jego istnienia? — wymagałyby długiej dysertacji. Chciałbym tylko stwierdzić, że w tym chaosie myśli odkryłem tajemnicę szczęścia,  której pozostaję wierny po dziś dzień: kochać życie na dobre i na złe, nie stawiając żadnych warunków!

Cała książka jest dostępna w formie e-booka w Publio.pl>>

Tagi: , , , ,