Te wydarzenia mogłyby być podstawą filmowego scenariusza. Niebanalne postaci, fascynujące otoczenie, gwiazdy na drugim planie. Tę opowieść znają wszyscy, a jej wersji istnieje kilkanaście. W książce Tomasza Lacha Ostatni tacy przyjaciele odkryjemy nowe fakty o tym, co do dziś owiane było tajemnicą. Burzliwe losy Krzysztofa Komedy Trzcińskiego i Marka Hłaski na tle Hollywood końca lat 60. To historia elektryzująca.

Tomasz Lach, pasierb Krzysztofa Komedy, po latach pracy i zbierania opowieści, historyjek i anegdot napisał książkę, od której trudno się oderwać. Wykorzystując swoje arcyciekawe znajomości dotarł do fascynujących i wciągających faktów, które pozwoliły od nowa napisać historię dwóch niezwykłych osobowości. Poznamy też lepiej trzecią postać, która do dziś pojawiała się jedynie w tle historii opowiadanych przez tych, którzy znali bohaterów tragicznej historii. Marek Niziński ginął do tej pory w cieniu swoich wielkich przyjaciół. A przecież historia fragmentu jego życia związanego z Hłaską i Komedą ma także i intrygujące epizody, i finał, który zasługuje na wspomnienie.

Marek Niziński. Przewodnik, kierowca, sekretarz i tłumacz. Kumpel i przyjaciel. Przebywający najbliżej, nieprzerwanie przy Krzysztofie przez cały czas jego pobytu w Hollywood towarzysz podróży. Plastyk kiepski, poeta dobry, fotografik doskonały. Urodzony dokumentalista. Jego najgłębszym i najbardziej skrywanym marzeniem było pisanie.

Duży i mały. Gruby i chudy

Jedną z najcenniejszych informatorek Lacha, zaraz po Zofii Komedowej, żonie kompozytora, jest Ewa Krzyżanowska, matka Marka Nizińskiego, która towarzyszyła trzem przyjaciołom podczas ich hollywoodzkiej krucjaty. Marek Niziński obracający się wśród sław filmowej branży dorabiał sobie czasem, opiekując się przybywającymi do USA Polakami, szukającymi szczęścia w fabryce snów. Tak poznał Marka Hłaskę, który korzystając z propozycji Romana Polańskiego przybył do Hollywood z nadzieją na pracę scenarzysty filmowego.

Ewa Krzyżanowska wspomina: – Marek Niziński zaopiekował się troskliwie Markiem Hłaską. A może odwrotnie… Który którym? To dobre pytanie. Nigdy do końca ich przyjaźni nie znalazłam na nie właściwej odpowiedzi. Kompletnie inni fizycznie i emocjonalnie, wręcz idealnie pasowali do siebie swoim artystycznym duchem i poczuciem własnej wartości. Uzupełniali się stanowiąc razem coś wyjątkowego. Jak Flip i Flap. Tak też, stojąc obok siebie, wyglądali i brzmieli, trochę ze sobą dyskutując, trochę się kłócąc, a trochę próbując nawzajem ratować. Duży i mały. Gruby i chudy. Marek Hłasko i Marek Niziński.

Niziński wprowadził Hłaskę w towarzystwo filmowego świata, a tym samym doprowadził do zawiązania się kolejnej przyjaźni. Silnej, przedziwnej i ostatecznie tragicznej. Tak Ewa Krzyżanowska opowiada o tym spotkaniu: – Z drugim Markiem, z Hłaską, poznali się bliżej dopiero tutaj, ponieważ w Polsce tylko ocierali się o siebie w nocnych knajpach czy też na przyjęciach. Tutaj po raz pierwszy spotkali się w domu państwa Warsów dwa tygodnie po przyjeździe Komedy i z miejsca zaprzyjaźnili. Nie było to łatwe przy impulsywnej “dzikości” i zmiennych, “tańczących” nastrojach Marka Hłaski. Ale od pierwszej chwili i od pierwszej rozmowy łączyło ich wszystko, oczywiście z wyjątkiem temperamentów i tej najbardziej trywialnej, lecz najtrudniejszej do przekroczenia granicy – pozycji społecznej i majątkowej w miejscu, gdzie się teraz znajdowali.

Polański, blichtr i alkohol

O ile Komeda odnosił ogromne sukcesy jako kompozytor i pracował właśnie nad ścieżką do Dziecka Rosemary Romana Polańskiego, o tyle Hłasko zmagał się z ogromnym rozczarowaniem. Z planowanej współpracy z Polańskim ostatecznie nic nie wyszło. Reżyser był rozczarowany pracą Hłaski. W wywiadzie z Temidą Stankiewicz Podhorecką (autorką książki “Listy Marka Hłaski”), przeprowadzonym w 1986 roku, powiedział: – Marek przyjechał do Los Angeles, napisał na kilku stronach konspekt tego scenariusza, ale jakoś mu nie wychodziło. Wówczas zrozumiałem, że Markowi obce jest pisanie na tzw. zamówienie. Jego twórczość – jak u większości utalentowanych pisarzy – musiała wynikać z jego wewnętrznego pragnienia, z jego własnej motywacji, z niego samego.

Hłasko jednak nie rozumiał odrzucenia. W jego pojęciu Polański zdradził go i porzucił. Przygnębiony pisarz, nie mogąc znaleźć żadnego twórczego zajęcia, poświęcił się zatem innym ulubionym zajęciom – lotnictwu i piciu… Komeda nie pozostawał w tyle, jeśli chodzi o rozrywki. Przez ich towarzyskie spotkania przewinęła się zresztą cała masa sław – jedną z nich był choćby producent Wojciech Frykowski, który wraz z żoną Polańskiego, Sharon Tate został zamordowany przez sektę Charlesa Mansona.

Ewa Krzyżanowska wspomina imprezy, na których bywali Komeda i Hłasko, nie ukrywając swojej dezaprobaty. Podobne zdanie o rozrywkowym życiu przyjaciół miała żona Komedy. Być może przeczuwała, że ten styl życia doprowadzi kiedyś do tragedii. Nie przepadała za hollywoodzkim towarzystwem, szybko zmęczył ją “blichtr” słynnych przyjęć, a jeszcze bardziej zachowanie aspirujących gwiazdek i gwiazdeczek filmowej branży:

– Wampiry, chuje i zdziry! – jak mówiła o nich Zosia, nawet publicznie, nie próbując ukrywać swoich opinii. Miała rację! – wspomina Ewa Krzyżanowska.

Sama Zofia Komeda pytana w jednym z wywiadów o swój odbiór Hollywood mówiła: – Nigdy w życiu nie zaakceptowałam tego towarzystwa. Cała ta pompa była mi obca. Zawsze na przyjęciach pokazywałam im “gest Kozakiewicza”… Na największych przyjęciach, jak patrzyłam na te sztuczne kobiety ze sztucznym uśmiechem, które nie mogły normalnie utrzymać szklanki, bo miały podolepiane szponiaste pazury, zalecające się do różnych starych, obleśnych, opasłych producentów i reżyserów, żeby tylko jakąś rólkę czy epizodzik dostać – gardziłam nimi. Albo ci rozpirzeni młodzi filmowcy z rozchełstanymi koszulami, odkrytymi torsami, poobwieszani świecidełkami, krzyżami na złotych, grubych łańcuchach, albo gwiazdami syjonu… To było okropne!

Klątwa spękanej ziemi czy szatańskie wpływy?

Przez wiele lat po tragedii mówiono, że nad Komedą, jak i jego przyjaciółmi, wisiała klątwa. Chętnie opowiada się o mistycznych przyczynach śmierci Frykowskiego i Sharon Tate, pod tę samą klątwę próbowano także podciągać tragiczne okoliczności śmierci trzech przyjaciół.

Podczas wyprawy do Meksyku Komeda po raz pierwszy ujrzał prawdziwą pustynię, przyjaciele zauważyli, że doświadczenie to wywarło na nim ogromne wrażenie o niezwykłej wręcz intensywności. Komeda wyznał im tego samego wieczoru, że od dziecka nawiedzał go sen, który tego właśnie dnia stał się jeszcze bardziej namacalny.

– Dzisiaj zobaczyłem istniejące, namacalne i kompletnie realne to “coś”, co prześladowało mnie od dzieciństwa koszmarnym snem! Martwą i kompletnie pustą, spaloną słońcem i pokrytą gęstą siatką głębokich spękań pustynię. Lecz nie normalną, jedną z tych, o których słyszeliśmy opowieści czy też oglądaliśmy je na fotografiach lub na ekranie filmowym. Takiej pustyni jak ta, która śniła mi się setki razy… ze mną stojącym pośrodku na tej wyschniętej, bezkresnej płaszczyźnie, oślepianym palącym słońcem, opuszczonym, niewiedzącym, gdzie i jak uciekać… Do dzisiaj nigdzie poza moimi snami takiej pustyni nie widziałem! Nie zdawałem sobie sprawy i nigdy bym w to nie uwierzył, że koszmar, który tak dobrze znam ze snów, może rzeczywiście istnieć, a jednak! Więc proszę, powiedzcie mi. Czym jest, skąd i po co naprawdę przybywa do nas sen?

Czy było to przeczucie nadchodzącej katastrofy? Czy wrażliwy i niezwykły kompozytor odbierał sygnały od tajemniczej siły? A może to czyste zło w postaci diabła? Taką historię też chętnie opowiadano “na salonach”. Zofia Komeda wspomina w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: – Przyszła pani, która chce zrobić film o Komedzie, i pyta mojego syna, czy przy kręceniu Dziecka Rosemary ukazał się szatan, czy śmierć Komedy, Hłaski i morderstwo Sharon Tate to jakaś kara.

Krótka historia tragedii

Tak opisuje to w wywiadzie dla “Rzeczypospolitej” w 2011 roku autor książki Ostatni tacy przyjaciele, Tomasz Lach: – Myślę, że wszystko zaczęło się, gdy otworzyli pierwszą flaszkę. Do alkoholu doszło zmęczenie i kłótnia. Marek Hłasko ważył 120 kilo, łapę miał jak naleśnik. Pchnął Krzysztofa, gdy szli wąską drogą, w ciemnościach. Komeda najpierw spadł z trzymetrowej skarpy. Potem, gdy Hłasko niósł go jak dziecko, przewrócił się razem z przyjacielem. Krzysztof miał rozbitą głowę, kilka rozcięć, guza. Ale rano, na własne żądanie, wypisał się ze szpitala. Reszta to zagadka dla neurologa.

Komeda wraca do domu. Niestety to dopiero początek. Ciąg dalszy znaleźć można w opowieści Marka Nizińskiego: – Separatka pełna lekarzy i pielęgniarek. Aparaty, druty i ekrany i nieprzytomny Krzysztof na łóżku. Badania i natychmiast operacja. My: Marek, dziewczyna i ja, siedzimy w restauracji na Fairfax, blisko szpitala i udajemy że jesteśmy głodni. Coś trzeba robić z czasem. Mijają dwie długie godziny. Operacja się udała. Usunęli skrzep, który naciskał na mózg. Krzysio żyje. Najbliższe 48 godzin pokaże co może być dalej. Marek z potworną prośbą w oczach pyta mnie, czy Krzysio nie miał jakiegoś wypadku na nartach. – Nie, nie miał. Marek wypytuje lekarzy, co było przyczyną. Przyczyny nie ma, bo kto wie, są skutki – chirurg mówi – albo kilka tygodni temu, albo lata wstecz. Kto wie?

23 kwietnia 1969 roku Komeda umiera w warszawskim szpitalu, do którego zabrała go żona.

16 czerwca 1969 w “Ekspresie Wieczornym” pojawia się lakoniczna notatka: Tajemniczy zgon Marka Hłaski. Bonn, 16.6. W sobotę w Wiesbaden (NRF) w nie wyjaśnionych w pełni okolicznościach zmarł Marek Hłasko. Istnieje podejrzenie, iż popełnił samobójstwo. Zwłoki Hłaski znaleziono w mieszkaniu jego znajomego. Policja nic podaje żadnych bliższych szczegółów dotyczących przyczyny zgonu. Wyklucza jednak możliwość odpowiedzialności za jego śmierć innych osób. Jak wiadomo, Marek Hłasko, autor wielu opowiadań szkalujących Polskę Ludową, zdradził w 1958 r. ojczyznę i zbiegł do Berlina Zachodniego. Przez pewien czas przebywał w Izraelu, a potem w W. Brytanii i NRF.

Styczeń 1973: Marek Niziński leżał na zasłanym łóżku. W starannie dobranym ubraniu i swoich dansingowych butach, cichy i spokojny, z zamkniętymi oczami i splecionymi na piersiach dłońmi. Zrelaksowany. Spał, lecz takim snem, z którego nie można się obudzić. Na stole pozostało kilka opakowań po tabletkach nasennych i prawie pusta butelka po whisky, w łazience pełna wanna jeszcze ciepłej wody, a więc wykąpał się i zapewne ogolił – ten nasz pedantyczny Mareczek. Natomiast w piecyku łazienkowym odkręcony kurek gazowy, ale nie gaz, ponieważ zapomniał czy też nie potrafił otworzyć zaworu odcinającego dopływ gazu, kiedy nie palił się płomień. I list do matki. “Przepraszam. Kocham i zawsze będę Cię kochał! Ale jestem już bardzo zmęczony. Marek”.

Ostatni tacy przyjaciele

Po śmierci Ewy Krzyżanowskiej i Zofii Komedy można w końcu opowiedzieć historie, które do dziś nie mogły być opowiedziane. A są to historie zabawne, tragiczne, fascynujące. Tomasz Lach łączy wspomnienia trzech osób w całość, która wciąga niebywale. Potwierdzone przez obie narratorki, poświadczone przez “świadków”, odnalezione w rozedrganych poezją, ale szczerych i co najważniejsze – sporządzanych na gorąco zapiskach Marka Nizińskiego. Pamiętnikach poety, literata i fotografa. To nie jest opowieść o śmierci bohaterów, to jest opowieść o tym, jak bardzo chcieli oni żyć. To opowieść o uwodzicielskim i zdradzieckim Hollywood, o chwytaniu rzeczywistości za grzywę.

W nieopowiedzianych dotąd historiach i odsłaniając nowe fakty Tomasz Lach, syn Zofii Komedy-Trzcińskiej, pokazuje życie znanych bohaterów w nowej i intrygującej odsłonie. Świat Ameryki końca lat 60. ubiegłego wieku jest jakby na wyciągnięcie ręki i… wciąga iście szatańską mocą. Ostatni tacy przyjaciele to książka, którą przeczytać trzeba.

Niech wszyscy przestaną być odwróceni.

Tagi: , ,