Dlaczego tak kręci nas fantasy? "Pan Lodowego Ogrodu" - oto kolejny dowód

Opublikowano 27.11.2012 21:04
W piątek oficjalna premiera czwartego tomu "Pana Lodowego Ogrodu" autorstwa Jarosława Grzędowicza. Pisarz wie, jak testować wytrwałość swoich czytelników - na zamykający serię tom musieli czekać aż trzy lata. Czemu się nie poddali i pozostali wierni?

Bo literatura fantasy robi się coraz bardziej (o ile to możliwe) popularna, a kolejne powieści szybko zdobywają uznanie moli książkowych. Przez szereg lat okazało się, że polscy pisarze fantasy w niczym nie ustępują swoim starszym kolegom z całego świata.

Tom czwarty zapowiadał się smakowicie. Bloger Robert "Bert" Siata napisał na swoim blogu: "Dobra. Bez owijania w bawełnę. Prosto z mostu. Jednym zdaniem. Bez ściem. Brutalna prawda. Chcecie tak? Proszę bardzo. Po czwarty tom >>Pana Lodowego Ogrodu<< polecę z wywieszonym do pasa jęzorem. Po trzeci tak właśnie poleciałem".

Poleciał zresztą nie on jeden. W internetowej księgarni Publio.pl "Pan Lodowego Ogrodu" w postaci e-booka cieszył się ogromną popularnością na tydzień przed oficjalną premierą. Premierze książki towarzyszą specjalne atrakcje. Choćby uformowany specjalnie z tej okazji duet Midgaard nagrał okolicznościowy utwór "Ocalona pieśń", a na Facebooku powstał okazjonalny fanpage "Świat Lodowego Ogrodu".

Przy okazji premiery ostatniego tomu "Pana Lodowego Ogrodu" warto zastanowić się nad tym, co powoduje naszą sympatię i przywiązanie do wielotomowych powieści. Czemu zgadzamy się grzecznie czekać? I co właściwie takiego jest w tym całym fantasy, że tak nas kręci?

To nie jest boom, to rynek znormalniał

Jarosław Grzędowicz powiedział w jednym z wywiadów: - Nie nazywałbym tej sytuacji boomem, bo nie jest ona chwilowa. To po prostu zdrowy przejaw normalnienia rynku książki. W latach 90. polscy autorzy praktycznie na tym rynku nie istnieli. Brało się to z nadprodukcji przekładów - nadrabialiśmy wieloletnie zaległości w poznawaniu zachodniej literatury popularnej. Ten trend w naturalny sposób się wyczerpał. A wydawcy i czytelnicy zaczęli odkrywać, że zagraniczni autorzy nie są aż tacy dobrzy, a Polacy są w stanie pisać równie atrakcyjnie.

Autor wymienia szereg czynników, które spowodowały wzrost rangi polskich (i nie tylko) pisarzy: ustabilizowanie się sytuacji ekonomicznej, przystępne ceny książek, a nawet sukces... Harry'ego Pottera. Punktuje też rodzimy system edukacji.

- Niestety, polska szkoła, która ugrzęzła w starych, pozytywistycznych koncepcjach kształcenia, do czytania zniechęca, wychowując analfabetów. Dobór lektur w szkołach kształtowany jest bowiem według gustów polityków i urzędników.

A wszystko przez... Harry'ego?

Pewnie niejedna osoba pamięta, jak w 1999 roku z westchnieniem zamykała ostatni tom sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Westchnienie spowodowane było głębokim przekonaniem, że to już naprawdę koniec i pisarz nie zdecyduje się na zaspokojenie pożądania swoich czytelników, gdyż ewidentnie jest całą serią mocno zmęczony. "Pani Jeziora" definitywnie zamknęła pewną epokę literacką życiu polskich wielbicieli fantasy. Nie wiadomo było przecież, "co po tym Sapkowskim będzie". Zostały liczne fora dyskusyjne, strony z fan fiction, blogi wielbicieli. I żyją one nadal, choć od zamknięcia serii minęło już 13 lat.

O ile nie można narzekać na wybór w księgarnianych działach z tego typu literaturą, o tyle zdumiewać może, że coraz częściej decydujemy się na wielomiesięczne oczekiwanie na kolejne tomy ulubionych książek. Uprzejmie nie wspomnę tu zbyt wiele o dziele, które w wersji książkowej i filmowej podbija ostatnio serca wszystkich nastolatków, ale fakt pozostaje faktem.

A cóż z Harrym Potterem? Z której strony by na tę serię nie spojrzeć - jej sukces jest absolutnie niezaprzeczalny. - Zaraz , zaraz - powiedzą teraz oburzeni miłośnicy "prawdziwego fantasy". - Jaki Potter, jaki "Zmierzch"? Przecież prawdziwe sagi fantasy to zupełnie inne książki. Lepsze, ważniejsze!

Pewnie tak. Ale nie tamte uczą sięgać po lekturę najmłodsze pokolenie, które już od dawna woli ekran od papieru i film od książki. Tymczasem te dwie pozycje pokazały najmłodszym pokoleniom czytelników, że książki są fajne i warto na nie czekać. Niezależnie od ich wartości intelektualnej (już tak nie znęcajmy się nad tym "Zmierzchem") - ich ogromną zaletą jest to, że potrafią nauczyć dobrego zwyczaju czytania książek.

Strzelić z liścia księciu Joffreyowi

A dorosły czytelnik? Poza sagą o Wiedźminie i nieśmiertelnym "Władcy Pierścieni", kolejnym szaleństwem stała się "Gra o tron" Georga R.R. Martina. Autor z niego niesłychanie płodny, a gęstość fabuły i galeria postaci przyprawiają o zawrót głowy. Dorzućmy do tego nakręcony z rozmachem serial HBO i mamy absolutny hit. O książkę zaczęła, między księgarnianymi półkami, bić się większość widzów serialu, a ci, którzy na Martina trafili wcześniej, mieli wspaniałą okazję patrzenia z wyższością na początkujących. I jak z Sapkowskim - dyskusje, fora, fan fiction, masa internetowych memów. I poczucie wspólnoty. No bo kto z fanów "Gry o tron" nie chciałby strzelić z liścia księciu Joffreyowi?

Wielotomowe powieści mają całą masą zalet. Dzięki temu, że fabuła jest gęsta, powieści powstają przez całe lata, możemy obserwować dojrzewanie i zmienianie się bohaterów. Stosowane z powodzeniem przez pisarzy "cliffhangery" na końcu każdego z tomów nie pozwalają zapomnieć o głodzie lektury, choćby i przez następne trzy lata. No i oczywiście ten wspaniały archetyp bohatera. Coś w tym jest, że większość pisarzy nurtu fantasy charakteryzuje się całkiem niezłym poczuciem humoru, a ich cyniczni bohaterowie obnoszą po swoich światach całkiem solidny ładunek sarkazmu.

Radzą sobie w każdej sytuacji, obdarzeni są bowiem, poza znakomitą muskulaturą, także bardzo prężnie działającym mózgiem (tutaj uczynić trzeba zastrzeżenie - taki Conan był faktycznie dość tępawym mięśniakiem, a Harry Potter jest raczej cherlawy). Szereg przygód, drugoplanowych postaci, masa intrygujących wątków i to z gwarancją kilkuletniej dostawy - faktycznie rewelacja.

Jak powiedziała jedna z wielbicielek Grzędowicza: "Dlaczego lubię sagi, choć trzeba tyle czekać? Bo lepiej poczekać na cudowną noc z ukochanym mężczyzną niż zaliczyć szybki numerek w bramie". To zdanie chyba dosadnie wyczerpuje temat.

I znów koniec świata magii

W naturze ludzkiej leży przywiązywanie się. I naturalne jest, że bohaterowie literaccy budzą w nas emocje, a to wywołuje określone skutki. "Pan Lodowego Ogrodu" to kolejna seria, z którą fani spędzili kilka lat i nagle wiadomo, że to już koniec. W tym tomie Vuko Drakkainen ma odnaleźć zaginionych naukowców i sprowadzić na Ziemię lub... zabić i zatrzeć ślady. Z taką misją przybywa na Midgaard - świat kryjący w sobie rasę istot rozumnych oraz magię. Tymczasem niektórzy już dawno zginęli, inni sięgnęli po magię i obwołali się bogami. Nikt nie chce wracać na Ziemię.

Czytelnicy też nie.

Komentarze

Nikt jeszcze nie napisał komentarza do tego artykułu.